|| spontanicznie w trakcie sesji. ||
jakoś tak się złożyło, że lubimy z Kasią w trakcie sesji zrobić coś spontanicznie i przy okazji odebrać sobie trochę cennego czasu, który powinnyśmy poświęcać na naukę. Dzisiaj, w ramach sponanicznego wypadu, nie pojedziemy niestety powygrzewać tyłeczków na Słockim molo, pojedziemy za to do Bełchatowa na koncert. Z którego pewnie wyjdziemy szybciej, niż wejdziemy. I przy okazji stracimy trochę pieniędzy, których nie mamy. Przy kolejnej okazji za to, objemy się na kolację korzystając z lodówkowych zasobów w moim domu. Dla mnie bomba. A miałam nie jechać w ten weekand do domu.

zaliczyłam egzamin, kolejny też. Na razie wartko do przodu, zobaczymy, co dalej. Od dwóch dni zabieram się za analizę zdjęcia w ramach zaliczenia nieobecności na fakultecie. Mogłabym ją napisać zanim pojedziemy. A może się uda? Także w ramach szanowania czasu dzisiaj rano wybrałyśmy się z Małą na godzinny spacer do Parku z Kaczkami. Pogoda jest piękna, trochę nam tylko owiało twarze (w moim przypadku) i stópki (w przypadku Małej).

dwa dni temu miałam miłą przygodę w sklepie monopolowym. Nie dość, że Niezwykle Charyzmatyczna Pani z Monopolowego potrafiła czytać w myślach, to jeszcze wypisałam dla niej dwie kartki z informacją o promocjo na Żubra. Pani była przeszczęśliwa, obiecała, że mnie ozłoci, a w ramach wdzięczności podarowała nam po szklance i po ziarenku szczęścia opatrzonym hasłem: żeby nam się szczęściło, żeby zawsze na wódkę było. Fair enough. Teraz muszę się tam wybrać znowu, uwiecznić mój charakter pisma zdobiący witrynę sklepu monopolowego. Więcej się to może nie zdarzyć.

zatem. Egzamin opity, połowa naczyń pozmywana, a w domu zimno prawie tak, jak na dworze. Może czas napisać interpretację?




||2012-01-27||14:57:33||
skomentuj (0)



|| (nie)ogarniam. ||
padam dziś na twarz. Cały dzień właściwie przebimbałam, nie zrobiłam nic ciekawego, dopiero wieczorem ruszyłam się z domu i pojechałyśmy z Małą odwiedzić Rebeli i Blacky'ego. Pieski się pobawiły, my zrobiliśmy placki ziemniaczane, które tak długo za nami chodziły, aż w końcu uznałam, że czas wracać, kiedy zaczęłam przysypiać nad stołem nad naszymi dziennikami praktyk.

kilka ostatnich dni mocno stresujących, oczywiście jako mistrzyni zostawiania wszystkiego na ostatnią chwilę, nie zrobiłam niczego w weekand, a później towarzyszyły mi wyłącznie dedlajny. Dwa dni z rzędu przesiedziane do 3 nad ranem (bo w dzień można robić tyle fajnych rzeczy, zamiast pisać) dzisiaj już dają mi się we znaki. Szczęście mi dopisało - pierwszy egzamin w sesji napisany we wtorek poszedł chyba nieźle, mam nadzieję, że nie rozczaruje mnie wynik. Udało mi się też (jakimś cudem!) napisać fragment tego licencjatu, nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale oczywiście w momencie, kiedy o 3.30 przestałam kontaktować, obiecałam sobie przespać 2 godziny i go dokończyć. Seminarium mam o 10, zawsze wstaję w okoliach ósmej, żeby zdążyć na spokojnie wyprowadzić psa i ewentualnie coś zjeść. Wtedy też wstałam o 8, a napisane miałam niecałe pół strony. Do tej pory nie wiem, jak to zrobiłam, ale dopisałam do tego prawie półtorej i jeszcze zostałam pochwalona na seminarium! Rzecz niesamowita. Byłoby dobrze już skończyć ten rozdział. Nie wiem, skąd ja na niego wyciągnę kolejne osiem stron. Kiedy indziej będę o tym myśleć.

w tak zwanym międzyczasie, sesja się zaczęła właściwie na dobre, wczoraj byłam na ostatnich zajęciach w tym semestrze. Tzn. były jeszcze dziś, ale nie chciało mi się wstać, są też jutro, ale ja w tym czasie będę już w domu rodzinnym. We wtorek kolejny egzamin, prawdopodobnie jeden z dwóch najgorszych w tej sesji, ale nie dam ulegnąć presji społecznej i się nim nie przejmę. Weekand zapowiada się roboczo, mam nadzieję w końcu doprowadzić mój pokój do jako-takiego stanu używalności, to znaczy przejrzeć te rzeczy i skręcić tyle mebli, ile tylko zdążę i ile mi się uda. Oby jak najwięcej, może jeszcze przed końcem sesji będę miała za sobą pierwszą noc w 'nowych' murach?

dużo ostatnio mam pomysłów na siebie i dziwnych myśli, sama już nie wiem, co zrobić z tym swoim życiem i - hahaha - karierą zawodową. Zrodził się w mojej głowie nowy pomysł - może jeszcze przeboleć te dwa lata na kulturoznawstwie cholernym i już zrobić tego magistra? Czy może jednak spieprzać z tamtąd i z Łodzi jak najdalej? Albo chociaż trochę? Nie wiem, nie wiem. Wiem za to, że w przyszłym semestrze czekają mnie aż dwa dni robocze, w tym niestety piątek od 8 do 17, ale jest szansa, że będę mogła oddać swój czas moim zwierzakom. Przede wszystkim Amatorowi. Powrót do stajni nie będzie łątwy, ale kiedyś muszę się przełamać.

czas odgruzować mieszkanie i iść spać. Przede mną kolejny, pracowity dzień, a trzeba jeszcze nadrobić zaległości serialowe - wiadomo. 

pozwolę sobie jeszcze na mały peesik. Mówiłam kiedyś, jak nazwałam swojego psa? W codziennym obejściu, to po prostu Mała - jest w końcu niewielka, to niecałe sześć kilo wagi, do tego ma malutki pyszczek, krótkie łapki i wielkie uszyska. Ale oficjalnie mój-w-marzeniach-terier ma na imię La Chupacabra. Wiecie, peruwiański wysysacz kóz. Ostatnie zdjęcie, które jej zrobiłam pozwoliłam sobie zatem zatytułować 'the real chupacabra'. Psy są najlepsze.





||2012-01-19||22:03:51||
skomentuj (3)



Księga gośći



Fot kcpr_w
Powered by blog.pl